Kukushkin bohaterem tygodnia, Radwańska idzie jak burza!
Pierwszy tydzień Australian Open 2012 za nami. W turnieju obejrzeliśmy wiele ciekawych spotkań. Nie zabrakło niespodzianek, chociaż główni faworyci (i faworytki) do zwycięstwa raczej nie zawodzili. Wyjątek stanowiła porażka reprezentantki gospodarzy Samanthy Stosur, która już w pierwszej rundzie odpadła po meczu z Sorana Cirsteą.
W Melbourne bardzo dobrze radzi sobie Agnieszka Radwańską, która pewnie kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa. Co prawda rywalki nie były zbyt wymagające, ale to już inna kwestia. Cztery kolejne wygrane pojedynki zapewniły „Isi” awans do ćwierćfinału, w którym zmierzy się z Viktorią Azarenka. Białorusinka to nie jest najwygodniejsza rywalka dla Agnieszki. Dotychczas obydwie panie rozegrały ze sobą 10 meczów i aż 7 z nich wygrała Azarenka. Jednak ich ostatnie trzy spotkania były bardzo zacięte i do wyłonienia zwyciężczyni potrzebny był trzeci set. Pełny bilans head-to-head poniżej:
Stawka meczu Azarenka – Radwańska jest bardzo duża, ale na pewno Polkę stać na pokonanie Białorusinki. Wszyscy trzymamy kciuki za Agnieszkę i z całego serca życzymy jej awansu do 1/2 finału…
Poniżej przedstawiamy wam nasze subiektywne podsumowanie pierwszego tygodnia zmagań na Melbourne Park
ZAWODNIK TYGODNIA – Mikhail Kukushkin
Awans Rosjanina Kazacha do 1/8 turnieju to wielka niespodzianka. Kukushkin rozprawił się kolejno z: Garcią-Lopezem (3-0), Victorem Troickim (3-2) i Gaelem Monfilsem (3-2). Szczególnie za tą wygraną w 3.rundzie z Francuzem nalezą się Mikhailowi wielkie brawa. Co prawda nie obyło się bez problemów. Kazach prowadził już 6-2 7-5 *5-4 i do pełni szczęścia brakowało mu tylko 4 piłek, kiedy to do głosu doszła jego psychika. „Kuku” jakby przestraszył się wygranej, przegrał swoje podanie, a jego gra kompletnie się posypała. Kiedy w piątym secie Monfils przełamał Kukushkina, wydawało się, że jest po meczu. Jednak nic bardziej mylnego. Rozluźniony Kazach znowu zaczął grać jak natchniony, a cało spotkanie zakończyło się wynikiem 6-2 7-5 5-7 1-6 6-4. W kolejnej rundzie Kukushkin zmierzy się z Andym Murrayem. Ci dwaj tenisiści spotkali się już ze sobą w tym roku podczas turnieju w Brisbane, gdzie Szkot wygrał 5-7 6-3 6-2. Oczywiście faworytem meczu 1/8 finału jest Murray, ale Kukushkin tanio skóry nie sprzeda. Nie ukrywamy, że będziemy sympatyzować z „Kuku”. Davai Mikhail!
MECZ TYGODNIA – 3.runda: Lleyton Hewitt – Milos Raonic 4-6 6-3 7-6 6-3
Niesamowity hart ducha pokazał w tym spotkaniu Hewitt. Niesiony dopingiem australijskiej publiczności Lleyton, który od pewnego czasu boryka się z kontuzjami, po raz kolejny udowodnił, że nigdy nie można go lekceważyć. Na drodze byłego numeru 1 światowego rankingu stanął młody Kanadyjczyk Milos Raonic, który w ostatnim sezonie poczynił olbrzymie postępy. Raonic przyjeżdżał do Melbourne jako triumfator turnieju z Chennai, a przed spotkaniem z Hewittem był stawiany w roli murowanego faworyta. Hewitt znany jest z tego, że potrafi walczyć jak mało kto i dosłownie wyszarpał to zwycięstwo Kanadyjczykowi. Spotkanie obfitowało w dużo ciekawych wymian, zwrotów akcji, a jeżeli dodamy do tego żywiołowe reakcje publiczności to uzyskamy mecz niemalże idealny. Aż szkoda, że nie dane nam było doczekanie piątego seta tej rywalizacji… No ale coż, nie można mieć wszystkiego. W 1/8 finału Hewitt zmierzy się z Novakiem Djokovicem. Teoretycznie Lleyton nie powinien sprawić większych kłopotów Serbowi, a większość tenisowych ekspertów spodziewa się gładkich trzech setów. Według nas Hewitt powalczy o wygranie jednego seta, ale zwycięstwo w całym spotkaniu należałoby chyba traktować w kategoriach cudu…
GEM TYGODNIA – 18.gem spotkania Andy Murray – Michael Llodra
Tutaj nic nie trzeba mówić, tylko patrzeć:
COMEBACK TYGODNIA– Kim Clijsters w spotkaniu z Na Li
Gdy na początku pierwszego seta Kim Clijsters skręciła kostkę, wydawało się, że Chinka nie powinna mieć problemów z wygraniem tego meczu. Zgodnie z oczekiwaniami Li wygrała pierwszego seta 6-4. W drugiej odsłonie doszło do rozgrywki tie-breakowej, w której Chinka prowadziła już 6-2. Jednak w tym momencie zerwała się Clijsters, która najpierw obroniła cztery piłki meczowe, a potem wygrała tie-breaka. Trzeci set był już tylko formalnością. Belgijka wygrała całe spotkanie 4-6 7-6 6-4. Respekt!
ZAGRANIE TYGODNIA– Marcos Baghdatis
Bez wątpienia najbardziej spektakularnym zagraniem pierwszego tygodnia było połamanie czterech(!) rakiet z rzędu przez Cypryjczyka Marcos Baghdatisa. Zdarzenie to miało miejsce podczas spotkania z Wawrinką.
PECHOWIEC TYGODNIA– Steve Darcis
Belg prowadził już 7-6 6-3 *4-1 (podwójny break) w spotkaniu pierwszej rundy z Francuzem Florent Serra, kiedy to odezwała się kontuzja barku Darcisa. Uraz był na tyle poważny, że Belg nie był w stanie dokończyć pojedynku. Co prawda Steve próbował jeszcze walczyć, jednak po przegraniu czterech kolejnych gemów w trzecim secie uznał, że nie ma co się dalej męczyć i skreczował. Naprawdę jest nam go szkoda. Życzymy szybkiego powrotu do zdrowia!
A na koniec jeszcze kategoria ONE TO WATCH, do której nominowaliśmy tenisistę o nazwisku James Duckworth. Młody Australijczyk wywarł na nas naprawdę pozytywne wrażenie i wydaje nam się, że warto obserwować rozwój jego kariery. Duckworth ma niezwykłe czucie piłki, a woleje zagrywa z niesłychaną lekkością. To coś, czego nie da się tak łatwo nauczyć. Rzecz jasna na dzień dzisiejszy brakuje mu trochę ogrania, ale to przecież tylko kwestia czasu. Tak więc zapisujemy nazwisko Duckoworth do swojego notesu i bacznie mu się przyglądamy.
A jakie są wasze przemyślenia po 1.tygodniu AO? Zachęcamy do zostawienia swoich opinii w komentarzach.
Paul-Henri Mathieu wraca na kort!
Gdy oczy całego świata skie
rowane są na Melbourne, w niemieckim Heilbronn rozgrywany jest turniej rangi challengerowej. Normalnie nie zawracalibyśmy tym sobie głowy, jednak w drabince kwalifikacyjnej tych zawodów naszą uwagę przykuł jeden gracz: Paul-Henri Mathieu. 30-letni Francuz wrócił na kort po ponad rocznej przerwie spowodowanej kontuzją kolana. Jego ostatnim występem był udział w turnieju w Bazylei pod koniec 2010 roku. Powrót Mathieu to dobra wiadomość dla fanów tenisa – Francuz to nie jest przecież byle kto. Swego czasu zajmował nawet 12.miejsce w rankingu ATP. Paul-Henri stoczył wiele wspaniałych pojedynków, można tu przytoczyć choćby kapitalny mecz z Rafaelem Nadalem na kortach Rolanda Garrosa w 2006 roku, czy też zwycięstwa z Hewittem i Gonzalezem. W większych sukcesach Francuzowi przeszkadzała niezbyt mocna psychika, przez którą przegrał kilka niemalże wygranych meczów. Mówiąc o Paulu-Henri Mathieu nie można nie wspomnieć o Australian Open rozegranym w 2007 roku. W spotkaniu 1.rundy Francuz zmierzył się z Fernando Verdasco. Mathieu prowadził 7-6 6-4, a w trzecim secie na tablicy wyników widniał rezultat 6-6. Na początku rozgrywki tie-breakowej doszło do niecodziennej sytuacji. Francuz skręcił kostkę, a w konsekwencji musiał poddać pojedynek. Uraz wyglądał na tyle poważnie, że Mathieu musiał zostać odwieziony do szpitala. Po meczu pięknie zachował się Verdasco, który do późnych godzin nocnych przesiadywał przy szpitalnym łóżku Francuza. W oczach kibiców triumfatorem tego meczu był oczywiście Mathieu. Francuzowi życzymy szybkiego powrotu do zdrowia i mamy nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy zachwycać się jego pięknymi zagraniami…
źródło zdjęcia: http://www.enjoyfrance.com/
PS Już w niedzielę wieczorem zamieścimy nasze subiektywne podsumowanie pierwszego tygodnia Australian Open!
Australia calling!
Podczas trwania turniejów w Chennai, Doha, Brisbane, Auckland czy Sydney, praktycznie wszyscy fani tenisa z dużym zniecierpliwieniem odliczają dni do Australian Open. Losowanie drabinek eliminacji to moment, kiedy serca sympatyków białego sportu po raz pierwszy biją w nieco szybszym tempie.
Od pierwszych rund kwalifikacyjnych swoją przygodę z Australian Open zaczyna Marta Domachowska, ale czy uda jej się awansować do turnieju głównego? Zapewne Marta chciałaby nawiązać do występu z 2008 roku, kiedy to dotarła aż do 1/8 finału AO, jednak nawet najwięksi optymiści nie wyobrażają sobie takiego scenariusza… Sam awans Domachowskiej do turnieju głównego należałoby rozpatrywać w kategorii niespodzianki. Jednak nie zajmujmy się dłużej rozgrywkami kobiecymi. Naszą uwagę przykuwają bardziej kwalifikacji mężczyzn, a na rozgrywki kobiece na tym etapie turnieju rzucamy tylko jednym okiem…
Co zatem słychać w turnieju męskim? Pierwszy dzień eliminacji przerwany był co prawda przez deszcz, a te spotkanie które udało się dokończyć rozgrywano w niezwykle trudnych warunkach (silny wiatr, olbrzymia wilgotność powietrza, upał), ale mimo wszystko na kortach w Melbourne sporo się działo. Na początek musimy wspomnieć o niezwykłym wyczynie Serba Dusana Lajovica, który pomimo prowadzenia 5-0 40-0 (!) w trzecim secie, musiał uznać wyższość Włocha Matteo Violi. Spotkanie to zakończyło się 6-2 6-7 8-6 dla zawodnika z półwyspu Apenińskiego. Po kilkumiesięcznej przerwie na korty wrócił Piotrek Łuczak, który w dwóch setach uporał się z Meffertem. Warto dodać, że dla Australijczyka z polskimi korzeniami, występ na Melbourne Park ma być pożegnaniem z tenisową karuzelą. Pierwszą rundę kwalifikacji z dużym trudem przeszedł utalentowany Vasek Pospisil, reprezentant Kanady, którego za burtę AO o mały włos nie wyrzucił John Millman. Nie ukrywamy, że chcielibyśmy zobaczyć Pospisila w pierwszej rundzie. Warto także odnotować porażkę ulubieńca gospodarzy Chrisa Guccione, który przegrał obydwa tie-breaki w spotkaniu z Rainerem Schuettlerem. A co nas czek a w kolejnych rundach? W drugiej rundzie najciekawsze wydają się mecze Bedene-Lacko i Ball-Pospisil. Oczywiście należy pamiętać, że nie skończono jeszcze wszystkich spotkań pierwszej rundy eliminacji. A kwalifikacje to dopiero przystawka przed turniejem głównym. Ale jakże smakowita jest ta przystawka…
A czego możemy spodziewać się po pierwszej lewie Wielkiego Szlema? Na pewno wielu pasjonujących spotkań i licznych niespodzianek. A może znowu doczekamy się kapitalnego występu jakiegoś czarnego konia, który nawiązałby do niedawnych sukcesów Baghdatisa, Gonzaleza czy Tsongi? Na pewno byłoby to coś, co ucieszyłoby chyba wszystkich fanów tenisa… Bo ile można razy można oglądać finały z udziałem top3 (Murray’a mimo wszystko nie liczymy, ponieważ Szkot legitymuje się jednym z najgorszym bilansów w wielkoszlemowych finałach w historii tenisa: w trzech występach, Andy nie ugrał nawet seta….)? Jednak tego dowiemy się dopiero za nieco ponad dwa tygodnie… A czego możemy być pewni ze 100% pewnością? Wielu nieprzespanych nocy, które od zawsze kojarzą nam się z australijskim turniejem… Tak więc powoli zapatrujemy się w duże ilości dobrej kawy i odliczamy godziny do pierwszej piłki turnieju głównego…
Już w przyszłym roku tenisowy turniej w Madrycie zostanie rozegrany na niebieskiej mączce…

I to nie jest żaden żart! Naprawdę, za kilka miesięcy rozegrany zostanie pierwszy oficjalny turniej na niebieskiej mączce (ang. blue clay). I to nie będzie byle jaki turniej, tylko Masters w Madrycie. Słynne zawody Mutua Madrileña Madrid Open zmieniają nawierzchnię. To wszystko stało się za sprawą ekscentrycznego Iona Tiriaca, rumuńskiego biznesmena, który kiedyś zawodowo grał w tenisa. W 1970 roku triumfował on nawet w turnieju Wielkiego Szlema, co prawda w nieco mniej prestiżowej grze podwójnej, ale zawsze. Ion Tiriac znany jest ze swoich szalonych pomysłów. To właśnie z jego inicjatywy kilka sezonów temu oglądaliśmy turnieje, na których zawodnicy rywalizowali w grupach. Pomysł z rozgrywkami grupowymi był jednak bardzo nieudany i cała ta zabawa trwała na szczęście tylko jeden sezon. Obecnie grupy są domenę tylko i wyłącznie kończących sezon turniejów Mistrzów i wydaje się, że jest to optymalne rozwiązanie. A wracając do niebieskiej mączki – wywołuje ona wiele kontrowersji. Przeważają jednak krytyczne opinie. Nie ma co się w sumie dziwić, mączka od zawsze była czerwona (pomarańczowa) i tak powinno zostać na zawsze. Zresztą to już nie pierwszy „kolorowy” pomysł Pana Tiriaca. To on był pomysłodawcą żółtej mączki w Kazachstanie. Tak zwany yellow clay nie przetrwał jednak próby czasu i na próżno szukać turniejów na takiej nawierzchni w tenisowym kalendarzu. A czy niebieski kolor się przyjmie? Ciężko powiedzieć, ale wydaje nam się że jednak na dłuższą metę nie. Głos w tej sprawie zabrał sam Rafa Nadal, który powiedział, że niebieska mączka to wstyd dla historii i całej Hiszpanii, po czym wyraził nadzieję, że nigdy nie przyjdzie mu grać na niebieskiej trawie… Jedno jednak trzeba Tiriacowi oddać – na pewno tą decyzją wzbudził olbrzymią ciekawość. Na pewno zainteresowanie przyszłorocznym turniejem w Madrycie będzie ogromne…
Co za comeback Kubota! W nagrodę mecz z Djokovicem!
Wręcz niemożliwego dokonał dziś polski tenisista Łukasz Kubot! W meczu pierwszej rundy turnieju w Bazylei Polak przegrywał już z Tobiasem Kamke 5-7 4-5 0-40, a mimo to potrafił wygrać 9 z kolejnych 11 gemów i zwyciężyć w całym meczu 5-7 7-5 6-2! Niesamowita walka ze strony Kubota! Warto dodać, że spotkanie obfitowało w bardzo dużo przełamań. Kubot aż siedmiokrotnie przełamywał podanie Niemca, natomiast Kamke zanotował na swoim koncie pięć breaków. Co ciekawe, Kamke miał aż 26 szanse na przełamanie serwisu Kubota, jednak potrafił wykorzystać zaledwie 5 z nich. To wszystko jednak nie jest aż tak bardzo istotne – najważniejsze jest to, że Kubot po obronie 3 piłek meczowych totalnie dominował na korcie i od kluczowego dla losów spotkania 22.gema nie dał najmniejszych szans rywalowi. W drugiej rundzie Kubot spotka się z numerem 1 światowego tenisa – Novakiem Djokovicem. Oczywiście, zdecydowanym faworytem tego meczu będzie Serb, jednak liczymy, że Kubot powalczy o wygranie jednego seta. Co prawda w swoim pierwszym meczu z Belgiem Malisse Djokovic nie wyglądał najlepiej, ale nawet taka dyspozycja powinna wystarczyć do pokonania Polaka. No ale nadzieja umiera ostatnia, nieprawdaż? ;) Mecz Kubot z Djokovicem powinien być transmitowany na antenie SportKlubu, gdyż to właśnie ta stacja ma prawa do pokazywania turnieju w Bazylei.
AKTUALIZACJA
Mecz Kubota z Djokovicem został zaplanowany na jutro na godzinę 16. Transmisję z tego spotkania przeprowadzi stacja SPORTKLUB.
Victor Troicki – jeden z najbardziej niedocenianych tenisistów…
Wielu z was pewnie zadaje sobie pytanie: jakim cudem Troicki jest klasyfikowany na 17.miejscu w rankingu ATP? Nie będziemy kłamać, że nieraz sami się nad tym zastanawiamy. Takie myśli dopadają nas szczególnie po niektórych porażkach Serba. Choćby dziś, kiedy to Troicki przegrał z Baghdatisem, chociaż w drugim secie miał piłkę meczową. Czasem wydaje nam się to niewiarygodne, że ten zawodnik zaledwie kilka miesięcy temu pukał do czołowej 10 rankingu (w czerwcu plasował się na 12.pozycji).
Jednak gdy spojrzymy na sprawę nieco szerzej i zaczynamy szukać zawodników, którzy powinni być klasyfikowani wyżej niż Troicki, to ciężko nam wymienić wiele nazwisk. Wiadomo, jest kilku tenisistów z większym potencjałem niż Serb, wystarczy tu wymienić choćby Raonica (który pewnie niedługo prześcignie Troickiego), ale tak naprawdę to na horyzoncie nie widać wielu lepszych graczy. Możemy narzekać, jaki to teraz tenis jest słaby, skoro taki Troicki zajmuje teraz miejsce w czołowej dwudziestce. Oczywiście, poziom się teraz wyrównał, no i poza wielką trójką (może czwórką?) każdy może wygrać z każdym, ale jednak miejsce Serba w rankingu musi budzić respekt. Co prawda jego styl gry nie porywa publiczności, zresztą sami nie jesteśmy fanami Troickiego, ale musimy docenić jego klasę. Trzeba jednak coś potrafić, żeby wdrapać się tak wysoko w światowym rankingu. Przypomnijmy, że nawet rodak Troickiego – Janko Tipsarevic pytany kilka lat temu o przyszłość Victora, nie wróżył mu miejsca w czołowej 20… Czas pokazał, że Tipsy nie miał racji…
O Troickim pierwszy raz zrobiło się głośno w połowie 2007 roku. W 2.rundzie turnieju rozgrywanego w chorwackim Umagu doszło do bratobójczego pojedynku: bohater naszego artykułu zmierzył się z Djokovic’em. Dla Novaka, który był wtedy wschodzącą gwiazdą światowego tenisa, spotkanie z Troickim, dla którego turniej w Umagu był dopiero 4.turniejem w karierze na szczeblu ATP, wydawało się być formalnością. A jednak ku powszechnemu zaskoczeniu Troicki pokonał swojego słynniejszego rodaka 2-6 6-4 7-5. Warto dodać, że w decydującej partii Troicki prowadził już 5-1, nie obyło się więc nerwowej końcówki. Musimy też nadmienić, że niektórzy ludzie ze środowiska tenisowego twierdzili, że Djokovicowi nie za bardzo chciało się już dłużej grać w Umagu i stąd ta porażka. Żeby potwierdzić te informacje, należałoby zapytać się samego Djokovica, ale chyba nie mamy wątpliwości, że Djoko na pewno nie przyznałby się do odpuszczenia meczu. Nieważne, było, minęło, Troicki ma na koncie zwycięstwo z Djokovicem i basta. Już tydzień po tym meczu pierwszy raz oglądaliśmy Troickiego na żywo. Zawitał on bowiem do Sopotu, gdzie w pierwszej rundzie przegrał jednak z Francuzem Gilles Simon. W pamięci utkwił nam tylko strój Troickiego. Wyróżniał się on tym, że założył bardzo krótkie spodenki – coś w stylu tych, które noszą pingpongiści. Później na jakiś czas Troicki zniknął z naszych oczu, a przypomnieliśmy sobie o nim w 2008 roku, kiedy na turnieju w Waszyngtonie pokonał samego Roddicka. Wtedy też zagrał w swoim pierwszym finale ATP, w którym musiał uznać wyższość Juana Martina del Potro. W sumie w całej karierze Troicki zagrał w pięciu finałach ATP, z których wygrał tylko jeden – w Moskwie w 2010 roku. Jednak za jego największy sukces należy uznać wygranie Pucharu Davisa, także w roku 2010. W finałowym meczu rozgrywanym w Belgradzie, Serbowie podejmowali Francuzów. Po dwóch dniach zmagań „Trójkolorowi” prowadzili 2-1. Ostatniego dnia Serbowie musieli wygrać obydwa pojedynki, aby marzyć o końcowym triumfie. Oczywiście nie zawiódł Djokovic, który gładziutko ograł Monfilsa, tak więc na tablicy wyników widniał remis 2-2. Francuzi do rozstrzygającego pojedynku desygnowali Llodrę, a trener Serbów miał spory ból głowy – postawić na Tipsarevica czy Troickiego? Po naradzie całej drużyny zadecydowano, że zagra Troicki. Decyzja ta okazała się „strzałem w dziesiątkę” – Troicki wręcz zmasakrował Llodrę i to Serbowie po raz pierwszy w historii wygrali niezwykle prestiżowy Puchar Davisa. To była także wielka chwila dla Victora. Jednak to zwycięstwo tylko na krótko pozwoliło zyskać Troickiego status „gwiazdy” w swoim rodzimym kraju. W sumie nie ma się co dziwić, jest on skazany na pozostanie w cieniu nie tylko Djokovica, ale także i Tipsarevica.
Wydaje się, że oprócz niezbyt porywającego stylu gry, także narodowość wpływa na fakt, że Troicki jest tak bardzo niedocenianym tenisistą… A wracając jeszcze do wysokiego rankingu Serba, to powiedzcie kto bardziej zasługuje na miejsce w top20? Chela, Granollers, a może Llodra? No właśnie… Wiadomo, że przy nieco słabszym poziomie tenisa niż w latach 90-tych (wtedy było więcej naprawdę dobrych zawodników, turnieje Wielkiego Szlema wygrywało więcej niż tylko 3 zawodników) łatwiej jest się wdrapać na wyższe miejsca w rankingu, ale to nie zmienia faktu, że Troickiemu to miejsce się po prostu należy. Punkty przecież nie kłamią. Z drugiej strony przypadek Serba pokazuje, że nie trzeba być tenisistą wybitnym, by pukać do czołowej dziesiątki rankingu. Wystarczy ciężka praca, trochę wiary we własne umiejętności, umiejętne układanie kalendarza startów turniejowych, no i oczywiście troszkę szczęścia. Ale w jakiej dziedzinie życia odrobinka szczęścia nie jest potrzebna?
66 spotkań, 7 zwycięstw, 18 remisów, 41 porażek…
Zastanawiacie się co się kryje za tymi liczbami? Otóż jest to bilans wyjazdowych meczów Jagiellonii Białystok od czasów awansu tego klubu do Ekstraklasy, czyli od lipca 2007 roku. Prawie 70 rozegranych spotkań w 4,5 sezony i tylko 7 wygranych. Dla porównania statystyka meczów u siebie wygląda następująco: 39 zwycięstw, 14 remisów i 13 porażek. Niesamowita dysproporcja, nieprawdaż? „Jaga” jest najgorzej grającą drużyną na obcym terenie ze wszystkich klubów Ekstraklasy. Taki Piast Gliwice, który w najwyższej klasie rozgrywkowej spędził zaledwie 2 sezony też wygrywał na wyjeździe siedmiokrotnie. Sucha statystyka jest bezlitosna dla Jagiellonii. Jeszcze gorzej to wygląda, jeśli weźmiemy pod lupę wszystkie wygrane mecze wyjazdowe „Jagi”. No więc po kolei:
Wygrana #1: 27.10.2007 Odra Wodzisław – Jagiellonia Białystok 1:3
Jedno z trzech pewnych wyjazdowych zwycięstw klubu ze stolicy Podlasia.
Wygrana #2: 01.12.2007 Polonia Bytom – Jagiellonia Białystok 0:1
Po pierwsze, mecz rozegrano na Stadionie Śląskim w Chorzowie, a więc Polonia Bytom nie miała tak naprawdę przewagi własnego boiska. Po drugie, zwycięstwo to zostało praktycznie cudem wyszarpane przez Jagiellonię – przy stanie 0-1 karnego dla Bytomian nie wykorzystał Grzegorz Podstawek.
Wygrana #3: 06.03.2010 Śląsk Wrocław – Jagiellonia Białystok 1:2
Po 28 miesiącach wyczekiwania nastąpiła kolejna wyjazdowa wygrana „Jagi”. Mecz we Wrocławiu od początku układał się po myśli Jagiellonii, która prowadziła w tym spotkaniu 2-0. Kontaktowana bramka zdobyta przez Celebana mogła wlać trochę nadziei w serca gospodarzy, jednak po tym golu Śląsk nie zdołał stworzyć żadnej klarownej sytuacji do wyrównania. Można więc rzec, trochę na wyrost, ale jednak, że była to pewna wyjazdowa wygrana Jagiellonii.
Wygrana #4: 01.04.2010 Cracovia Kraków – Jagiellonia Białystok 0:1
W meczu stojącym na żenującym poziomie zadecydowała bramka Remka Jezierskiego, strzelona zresztą po klasycznym „Cabaju”.
Wygrana #5: 22.08.2010 Lechia Gdańsk – Jagiellonia Białystok 1:2
Po pierwszej połowie na tablicy wyników widniał rezultat 1:1, a w przerwie meczu nad Gdańskiem przeszła olbrzymia ulewa, z powodu której regulaminowy kwadrans na odpoczynek wydłużył się do 30 minut. Drugą połowę można śmiało nazwać meczem „na wodzie”. Decydujący cios zadał w 82.minucie spotkania Andrius Skerla.
Wygrana #6: 02.10.2010 Górnik Zabrze – Jagiellonia Białystok 0:1
W ostatnich sekundach spotkania bramkę na wagę trzech punktów zdobywa Andrius Skerla.
Wygrana #7: 14.04.2011 Zagłębie Lubin – Jagiellonia Białystok 0:2
Pewne zwycięstwo Jagiellonii. Warto dodać, że Zagłębie kończyło mecz w „dziewiątkę”. Pierwszą czerwoną kartkę obejrzał Damian Dąbrowski (przy stanie 1-0), a drugą Przemysław Kocot (przy stanie 2-0). Grając z przewagą dwóch zawodników „Jaga” bezsprzecznie dominowała na boisku, a gdyby lepszą skutecznością popisał się Ermin Seratlić, to wynik mógł być zdecydowanie wyższy.
Podsumowując, tylko trzy z tych mizernych siedmiu wygranych można uznać za pewne i zasłużone zwycięstwa Jagiellonii. Resztę należy zawdzięczyć w dużej mierze szczęściu. No ale nieważne, mają tych wygranych siedem i basta. Rodzi się zasadnicze pytanie: skąd aż taka różnica w wynikach osiąganych przez „Jagę” u siebie i na wyjeździe? Przecież przez tych ładnych kilka lat przez białostocki klub przewinęło się ze 100 (jak nie więcej) piłkarzy. Zmian trenerów nie było wiele, najpierw szansę dostał Płatek, po którym schedę przejął Probierz. Teraz jest Michniewicz, który z „Jagą” nie zasmakował jeszcze wyjazdowego triumfu. Wiadomo, że na tą niechlubną statystykę „pracował” głównie Probierz, no ale nie możemy zapominać, że pod jego wodzą Jagiellonia odnosiła największe sukcesy w historii klubu (Puchar i Superpuchar Polski, gra w europejskich pucharach, 4.miejsce w lidze – czy to ostatnie osiągnięcie można traktować jako sukces to już temat na inną dyskusję). Dlaczego przemierzając kilkaset kilometrów na kolejny ligowy mecz, ekipa Jagiellonii traci tak wiele na wartości? Umie ktoś na to pytanie racjonalnie odpowiedzieć? A może należy zatrudnić w tym klubie psychologa? Tylko czy taki psycholog potrafiłby pomóc? Na pewno by nie zaszkodził…
Bardzo słaby mecz Polaków przeciwko Francji
Na rok przed Euro nie widać żadnych postępów w grze naszej reprezentacji. Ciężko o jakąś nadzieję, skoro nie robimy żadnych kroków naprzód. W czwartkowy wieczór przegraliśmy z Francją 0-1. Niby 0-1, i to w dodatku po samobóju to żaden dramat, ale… no właśnie, niby. Wynik nie odzwierciedla przewagi jaką Francuzi mieli nad biało-czerwonymi. Trójkolorowi byli zdecydowanie lepsi technicznie, wygrywali większość pojedynków biegowych, grali lepiej zarówno w obronie jak i w ataku – krótko mówiąc górowali nad nami w każdym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Nie mamy pojęcia, dlaczego wiele osób mówi, że nie było tak źle. Słyszeliśmy (bo mecz oglądaliśmy z wysokości trybun), że komentatorzy meczu w TVP – Szpakowski i Trzeciak – nieprzyzwoicie chwalili grę naszych piłkarzy. Tylko czy na pewno było co chwalić? Akcje Polaków były wolne, strzałów było jak na lekarstwo, a klarowne sytuacje mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki (a może nie potrzebowalibyśmy całej ręki – wystarczyłby jeden palec). Nie widać było żadnej organizacji gry, Smuda po prostu nie ma żadnej koncepcji na tą reprezentację. A zmiany w 85min. meczu to kpina – po jaką cholerę wprowadzać takiego Pawłowskiego na kilka minut, jaki to ma cel? A przypomnijmy, że podobną ‘szansę’ dostał w meczu z Argentyną C Klich. Przecież w meczach towarzyskich trzeba czasem przetestować jakieś nowe rozwiązania. Tylko jak tu testować plan B czy C, jak nie widać planu A? Na dobre słowo zasłużył jedynie Wojtek Szczęsny , ale umówmy się, on zagrał nieźle, przyzwoicie, ale na pewno nie fenomenalnie. Zagrał po prostu poprawne zawody, z kilkoma dobrymi (nie kapitalnymi!) interwencjami. Tylko że problemów z bramkarzami nie mamy od dawna, więc akurat o tę pozycję nie musimy się obawiać. Co gorsza, Francuzi wcale nie grali w najsilniejszym zestawianiu, co tylko obrazuje ich olbrzymią przewagę nad nami. Na koniec jeszcze kilka słów o dopingu – jak na 31.000 głów obecnych na trybunach była on dość kiepski – na pewno stać nas na więcej, tylko że musimy pamiętać, że wielu kibiców, którzy na mecze kadry chodzą od lat, po prostu bojkotowało to spotkanie…
Wyspy Owcze ogrywają Estonię 2-0
Estończycy, w których składzie wystąpili znani z boisk polskiej Ekstraklasy Sergei Pareiko (Wisła Kraków) oraz Sander Puri (Korona Kielce) przegrali spotkanie z Wyspami Owczymi w ramach eliminacjach do Euro 2012. Przypomnijmy, że kadrę Wysp Owczych stanowią w większości amatorzy… Dodajmy, że Puri obejrzał w tym meczu czerwoną kartkę. Przykro jest patrzeć, jak kolejna z małych reprezentacji leje drużynę, w której występują zawodnicy z polskiej ligi. Parę dni temu Liechtenstein ograł przecież Litwę (również 2-0), w której to składzie było aż 5 zawodników z naszej ligi: Skerla i Kijanskas z Jagiellonii, Panka i Sernas z Widzewa oraz Labukas z Arki. Nie chcemy nic mówić, ale te wyniki (na pewno w większym stopniu wynik Litwinów niż Estończyków) niejako świadczą o sile naszej mocarnej Ekstraklasy… Ale oczywiście nie można nie pogratulować zawodnikom z Liechtensteinu oraz Wysp Owczych. Gratulujemy waleczności, ambicji i przede wszystkim nieustępliwości, bo piłkarzom z tych reprezentacji nie za często jest dane schodzić z boiska w roli wygranych. A może to właśnie graczy z tych ekip należałoby sprawdzić w naszej lidze? Przynajmniej bylibyśmy pewni, że dadzą z siebie wszystko i nie oddadzą meczu bez walki… ;)
Poniżej bramki z wyżej wymienionych spotkań:



Przyglądając się liście dzisiejszych tenisowych spotkań naszą uwagę przykuły dwa pojedynki. Obydwa mecz odbędą się na trawiastych kortach w Birmingham.